Obserwatorzy

środa, 20 września 2017

Łamańce językowe wydawnictwa Wilga - biblioteczka Malucha TESTOWANIE

Książki od zawsze mnie fascynowały. Czytanie w pewnym momencie mojego życia stało się moja pasją i pochłaniałam je w ilościach hurtowych. Dziś z tymi ilościami jakby bardziej detalicznie ale staram się w wakacje nadrabiać zaległości czytelnicze (zawód: młoda matka nie pozostawia zbyt wiele wolnego czasu). Oprócz przyjemności jaką czerpię z samego czytania wiele radości powoduje u mnie szelest przekręcanych kartek i zapach farby drukarskiej. Jest w tym coś mistycznego :-)  Bardzo chciałam zaszczepić w moim synku taką miłość do książek jaką mam w sobie i chyba mi się to udaje. Nasza biblioteczka malucha powiększa się z dnia na dzień i pojawiają się w niej coraz to ciekawsze pozycje . I ostatnio również nasz księgozbiór się powiększył. 


Dzięki uprzejmości portalu www.familie.pl w ramach Klubu Czytelniczego Wydawnictwa Wilga mogliśmy poznać i "przetestować" dwie wspaniałe książki. "Ząb zupa zębowa" oraz "Wyrewolwerowany rewolwerowiec" to łamańce językowe autorstwa Krzysztofa Kiełbasińskieg

Książeczki w twardych oprawach, bardzo ładnie wydane, z małą ilością tekstu, ale za to z pięknymi, dużymi ilustracjami. Warty podkreślenia jest fakt, iż książki są bardzo porządnie oprawione i co ważne szyte więc wielokrotne przeglądanie , czytanie i przekręcanie kartek im nie zaszkodzi. 

W obu książkach znajdziemy bardziej lub mniej znane rymowanki, które są napisane w taki sposób, aby trzeba było się wysilić i pogimnastykować buzię by poprawnie je wypowiedzieć - czyli tak zwane łamańce językowe. Tematyka obu książeczek różni się od siebie. W książce pt.: "Wyrewolwerowany rewolwerowiec" znajdziemy rymowanki głównie o tematyce dzikiego zachodu, Indian i kowbojów. Druga natomiast "Ząb zupa zębowa" zawiera dość eklektyczny zbiór wierszyków, gdyż znajdziemy tu rymowankę o królu, żołnierzach, malarzu czy też kościotrupie :-). Tak więc dla każdego coś się znajdzie.

Nie mogę się oprzeć aby nie napisać już teraz tego, że obie książki są tak przepięknie i kolorowo ilustrowane, iż nie sposób oderwać od nich wzroku. Mój syn bardzo długo w każdą się wnikliwie wpatrywał, ponieważ fantastycznie odwzorowują  krótkie rymowane historyjki przez co angażują czytelnika do włączenia wyobraźni. Dla mnie jako dla osoby dorosłej również ilustracje są ciekawe, postaci z wierszyków przedstawione są w humorystyczny sposób, jest dużo różnych szczegółów na ilustracjach dzięki czemu można sobie dokładnie zobrazować wierszyk, stworzyć jego dalszy ciąg lub wymyślić nową historyjkę. 

Te książki dają dużo więcej możliwości niż mogłoby się wydawać. Przydadzą się także rodzicom dzieci, które mają problemy z poprawnym mówieniem a nie chcą wykonywać ćwiczeń logopedycznych. Te śmieszne wierszyki z pewnością zachęcą do ich powtarzania a przez to i ćwiczeń w usprawnianiu artykulacji. 

Bardzo polecam obie książeczki zarówno dla małych dzieci jak i dla większych.
Czytałam Synkowi wszystkie wierszyki na głos i szczerze się przyznam, że niektóre z nich sprawiły mi niemały kłopot i rzeczywiście można sobie na nich połamać język :-) Było przy tym dużo śmiechu, dobrej zabawy i cudownie spędzonego wspólnie czasu. 

wtorek, 12 września 2017

Fotoobraz Saal-Digital - recenzja

Źródło: www.saal-digital.pl
Dzięki uprzejmości firmy Saal-Digital miałam możliwość przetestować cudowny fotoobraz, który pięknie zdobi ścianę w moim salonie. Ale od początku...

Saal-Digital to wiodący europejski producent fotoproduktów. Należą do nich m.in. fotoksiążki, odbitki, plakaty, fotokalendarze, fotokartki, fotoobrazy oraz fotoprezenty. Otrzymałam od nich kupon o wartości aż 250zł !!! w ramach którego mogłam stworzyć swój jedy i niepowtarzalny fotoobraz. Bardzo ucieszył mnie ten fakt i od razu przystąpiłam do projektowania.

Ja wybrałam fotoobraz o wymiarach 40x40, Alu-Dibond (bezpośredni druk UV na Dibond), mocowanie aluminiowe.

Zaprojektowanie fotoobrazu jest dziecinnie proste dzięki aplikacji, która jest do pobrania na stronie Saal-Digital. Dzięki temu nie trzeba się martwić o ściągnięcie z sieci jakiegoś edytora zdjęć. Program ten daje wiele możliwości i możemy stworzyć na prawdę taki fotoobraz, jaki tylko wymyślimy. W pierwszym kroku należy należy wybrać dokładnie jaki produkt chcemy otrzymać, jaki ma mieć wymiar, jakie mocowanie, w drugim kroku wgrywamy zdjęcia a w trzecim sprawdzamy czy się zgadza nasze zamówienie, wybieramy formę płatności, wpisujemy ewentualne kody zniżkowe, podajemy dane do wysyłki i wysyłamy zamówienie. Wszystko dziecinnie proste :-) Aplikacja bardzo przyjemna w użyciu, bardzo intuicyjna i z pewnością laik z sobie z nią poradzi. Aplikację oceniam na 10/10.

Bardzo zaskoczyło mnie tempo jakie ma Saal-Digital w produkcji swoich produktów. Kolejnego dnia po złożeniu zamówienia miałam na mailu potwierdzenie, że moje zamówienie zostało zrealizowane i jest przygotowywane do wysyłki. Po trzech dniach Fotoobraz był już u mnie. Niesamowite, za takie tempo dostawy daje 10/10. 

Fotoobraz był bardzo solidnie zapakowana. Owinięty solidnie folią, włożony w bardzo sztywną tekturę. Podczas transportu nic nie miało się prawa stać z produktem, i oczywiście otrzymałam go w stanie idealnym, bez żadnych uszkodzeń wynikających z transportu. To jest super. Za przygotowanie do transportu 10/10.

Zdjęcie, które wykorzystałam do wykonania fotoobrazu pięknie się prezentuje, rozdzielczość nie pozostawia nic do życzenia, jakość jest bardzo wysoka a przy tym maksymalna ostrość. Nasycenie kolorów jest takie, że patrzą na obraz wydaje się jakby były na nim żywe postacie. Matowe wykończenie sprawiają że nie odbija się światło i obraz dobrze ogląda się pod każdym kątem. Absolutnie 10/10 za wykonanie! Totalne zaskoczenie. Trzymając ten produkt w rękach czuje się, że mamy do czynienia z produktem o wysokiej jakości. 


Jestem bardzo zadowolona, produkt mnie totalnie zaskoczył swoją jakością i z pewnością będziemy z duma pokazywać go naszym znajomym i rodzinie. Gorąco polecam. Ja z pewnością skorzystam jeszcze z usług Saal-Digital aby stworzyć niepowtarzalną fotoksiążkę, fotoobraz czy fotozeszyt dla siebie i dla moich bliskich. 


Ogólna ocena 10/10. Nie może być inaczej. 

poniedziałek, 4 września 2017

Fotoksiążka Saal-Digital - recenzja

Dzięki uprzejmości firmy Saal-Digital miałam możliwość przetestować wspaniały produkt. Jestem z niego bardzo zadowolona, a w tekście poniżej napiszę dlaczego.

Saal-Digital to wiodący europejski producent fotoproduktów. Należą do nich m.in. fotoksiążki, odbitki, plakaty, fotokalendarze, fotokartki, fotoobrazy oraz fotoprezenty. Otrzymałam od nich kupon o wartości 150zł w ramach którego mogłam stworzyć swoją jedyną i niepowtarzalną fotoksiążkę w której ukrywają się moje wspomnienia.  Bardzo ucieszył mnie ten fakt i od razu przystąpiłam do projektowania.

Ja wybrałam fotoksiążkę o wymiarach 19x19, z matową okładką bez watowania, kod kreskowy-standard, matowe strony wewnętrzne, ilość stron 26.

Zaprojektowanie fotoksiążki jest dziecinnie proste dzięki aplikacji, która jest do pobrania na stronie Saal-Digital. Dzięki temu nie trzeba się martwić o ściągnięcie z sieci jakiegoś edytora zdjęć. Program ten daje wiele możliwości i możemy stworzyć na prawdę taką fotoksiążkę , jaką tylko wymyślimy. W pierwszym kroku należy należy wybrać dokładnie jaki produkt chcemy otrzymać, jaki rodzaj okładki, jakie wnętrze ma posiadać, w drugim kroku wgrywamy zdjęcia a w trzecim - to zależy ile mamy czasu. Jeśli nie możemy poświęcić dłuższej chwili na dłuższą pracę z programem i samodzielne rozlokowanie zdjęć to mamy możliwość skorzystania z gotowych szablonów i wtedy zostawiamy całą robotę aplikacji  która robi to za nas. Jeśli jednak mamy czas, jesteśmy kreatywni i chcemy zrealizować sój autorski projekt na fotoksiążkę to projektujemy sami. Ja nie korzystałam z szablonów, postawiłam na swoją intuicję i taki rozkład zdjęć aby był jak najbardziej prosty. Przeważnie jedno zdjęcie na jednej stronie. Potem aplikacja przenosi nas do zakładki w której podajemy adres dostawy, sprawdzamy jeszcze raz czy się wszystko zgadza, wybieramy formę płatności i wpisujemy ewentualne kody zniżkowe ( u mnie kod pokrył całość kosztów czyli fotoobraz wraz z kosztami wysyłki) i zamawiamy. Aplikacja bardzo przyjemna w użyciu, bardzo intuicyjna i z pewnością laik z sobie z nią poradzi. Aplikację oceniam na 10/10.

Od razu muszę napisać coś, co mnie bardzo zaskoczyło, a mianowicie tempo jakie ma Saal-Digital w produkcji swoich produktów. Kolejnego dnia po złożeniu zamówienia miałam na mailu potwierdzenie, że moje zamówienie zostało zrealizowane i jest przygotowywane do wysyłki. Po trzech dniach fotoksiążka była już u mnie. Niesamowite, za takie tempo dostawy daje 10/10. 

Skoro już o wysyłce mowa to muszę tutaj zaznaczyć, że fotoksiążka była bardzo solidnie zapakowana. Owinięta gąbczastą folią, włożona w bardzo sztywną tekturową kopertę. Podczas transportu nic nie miało sie prawa stać z produktem, i oczywiście otrzymałam go w stanie idealnym, bez żadnych uszkodzeń wynikających z transportu. To jest super. Za przygotowanie do transportu 10/10.

Pomyślałam sobie , że skoro tak szybko przesyłka znalazła się w moim domu to może jakość będzie nie taka jakbym sobie tego życzyła. Nic bardziej mylnego. Zdjęcia pięknie się prezentują na kartach książki, rozdzielczość nie pozostawia nic do życzenia, jakość papieru najwyższa. Karty książki są sztywne, nie łamią się, nie zaginają i są bardzo trwałe. Matowe strony sprawiają że nie widać odcisków palców. i to co mnie jeszcze urzekło to płaskie łączenie stron bez zagięcia na środku. Dzięki temu zdjęcie które jest na dwóch sąsiadujących stronach wygląda cudownie i nie ma brzydkiego załamania przez środek.  Absolutnie 10/10 za wykonanie! Totalne zaskoczenie. Trzymając ten produkt w rękach czuje się, że mamy do czynienia z produktem o wysokiej jakości. 


Jestem bardzo zadowolona, produkt mnie totalnie zaskoczył swoją jakością i z pewnością będziemy z duma pokazywać go naszym znajomym i rodzinie. Gorąco polecam. Ja z pewnością skorzystam jeszcze z usług Saal-Digital aby stworzyć niepowtarzalną fotoksiążkę, fotoobraz czy fotozeszyt dla siebie i dla moich bliskich. 
Ogólna ocena 10/10. Nie może być inaczej. 

UWAGA!! RABAT "Na dobry początek" 

Firma Saal-Digital dla swoich nowych klientów proponuje rabat w wysokości 75 zł do jednorazowego wykorzystania na stworzenie fotoksiążki. Więcej informacji na temat kodu rabatowego oraz fotoksiążek znajduje się pod linkiem --->

niedziela, 3 września 2017

Test jogurtów Zott Primo - Najlepszy wybór prosto z natury


Dzięki projektowi TRND Polska oraz firmie Zott miałam okazję testować jogurty Zott Primo. Radość była wielka kiedy się o tym dowiedziałam. W projekcie mogłam kupić wybrane przeze mnie jogurty naturalne Zott Primo objęte akcją. Po przesłaniu i analizie paragonów za zakup jogurtów zostają zwrócone pieniądze. W projekcie do dyspozycji jest budżet 35 złotych. 

Od TRND otrzymałam zestaw ambasadora w którym znalazłam list z krótkim opisem projektu, przewodnik projektu oraz książeczkę badania opinii.

Zakupiłam 23 jogurty ZottPrimo (co nie było prostym zadaniem bo w większości sklepów były wykupione). Połowa z nich do osobistych testów, druga połowa do rozdania znajomym.

Zakupione przeze mnie jogurty to:
Zott Primo Jogurt do picia
Zott Primo Jogurt do picia bez laktozy

Zott Primo Grecki

Zott Primo Jogurt Gęsty
Zott Primo Jogurt naturalny bez laktozy

Zott Primo Naturalny jogurt z dodatkami
Po spróbowaniu wszystkich jogurtów muszę przyznać że każdy z nich okazał się bardzo smaczny. Nie  jestem w stanie wymienić jednego ulubieńca bo każdy ma w sobie to coś i każdy pasuje mi na inną okazję. Przetestowałam też niektóre jogurty jako dodatki do innych potraw i sprawdziły się wyśmienicie.
Zott Primo Jogurty do picia świetnie sprawdzały się na wyjścia z domu. Umilały mi spacery z moim synkiem,płynna konsystencja nie wymagała uzycia łyżeczki co poza domem jest dodatkowym ułatwieniem w spożyciu jogurtu, dzięki poręcznemu wieczku mogłam je przykryć i nie obawiałam się że się wyleje albo że coś mi do niego wpadnie. 
Zott Primo Jogurt grecki świetnie sprawdził się do sałatki pomieszany z aromatycznymi przyprawami oraz do zupy. Nadaje potrawom niepowtarzalny smak ale sam w sobie jest również niepowtarzalnie smaczny więc wyjadałam go również łyżeczką prosto z kubeczka.
Zott Primo Jogurt gęsty to fantastyczna przekąska na drugie śniadanie, ale sprawdził się również wybornie do obiadu, kiedy stworzył wraz z pachnącymi , świeżymi ogórkami cudowną mizerię.
Zott  Primo Jogurt naturalny bez laktozy. Fakt pozbawienia jogurtu laktozy nie ma wpływu na jego smak co jest super. Ten jogurt najczęściej wykorzystywałam do polania płatków śniadaniowych czy owsianki z owocami. Taka przekąska w ciągu dnia świetnie zaspokaja głów i jest wyśmienita w smaku.
Zott Primo Jogurt naturalny z dodatkami to moja mała przyjemność w ciągu dnia. Najczęściej trafiał do moich ust wtedy, kiedy miałam ochotę na coś słodkiego. Wspaniałe połączenie jogurtu naturalnego z owocami. Tego trzeba spróbować. 

Szczerze z ręką na sercu przyznaję, że jogurty bardzo mi zasmakowały. Do ich zakupu dodatkowo przekonuje to, iż:
- są to jogurty naturalne,
- nie zawierają cukru, 
- niektóre nie zawierają laktozy, 
- jest na prawdę duży wybór jeśli chodzi o ich konsystencję (zarówno bardzo gęste jak i całkiem płynne), 
- dla łasuchów są z różnymi dodatkami owocowymi i nie tylko (są także z musli),
- można z powodzeniem wykorzystać je w kuchni podczas kulinarnych szaleństw i eksperymentów lub po prostu do codziennego obiadu,
- doskonale sprawdzają się jako składnik zarówno ciepłych jak i zimnych dań a także jako przekąska,
- doskonale zastąpią w kuchni tradycyjną śmietanę (idealne rozwiązanie dla osób na diecie).

Założeniem projektu jest też podzielenie się jogurtami ze znajomymi i poznanie ich opinii na temat jogurtów. Tak też się stało. Jogurty zawitały do najbliższych sąsiadów, kilku znajomych i rodziny. Opinie? No chyba nie będzie zaskoczeniem kiedy napiszę że wszystkie były pozytywne. Jogurty wszystkim przypadły do gustu i każdy z nich zaskoczył moich rozmówców swoim smakiem. Ogólna ocena 5+. 

sobota, 12 sierpnia 2017

HOT EYES STEAM - Rozgrzewająca maska na oczy (recenzja)

Jakiś czas temu dzięki uprzejmości portalu Ambasadorka Kosmetyczna stałam się szczęśliwą posiadaczką maseczki rozgrzewającej na oczy HOT EYES STEAM i mogłam ją przetestować na własnej skórze. Chciałabym się podzielić swoimi wrażeniami z testowania tego produktu. Może na początek krótko o samej maseczce. 

Maska na oczy została stworzona przez IVY GmbH. Maseczka to nic innego jak opaska na oczy z uchwytami które zaczepia się za uszami aby nie spadła. Każda maseczka zapakowana jest w oddzielną saszetkę. Po wyjęciu z opakowania prezentuję się bardzo ładnie, dziewczęco co według mnie jest dodatkowym plusem który uprzyjemnia stosowanie. 


Obietnice producenta co do stosowania produktu są następujące:
"Hot Eyes Steam to rozgrzewająca maska która wygładza skórę wokół oczu i eliminuje zmęczenie. Nasza innowacyjna maska zmniejsza opuchliznę oczu już w ciągu 10 minut. Hot Eyes Steampoprawia krązenie krwi redukując cienie wokół oczu."
Tak więc jednym słowem po zastosowaniu tejże maski powinnyśmy pożegnać zmęczony wygląd, opuchliznę i cienie i poczuć w okolicy oczu przyjemne rozluźnienie i relaks.
To wszystko bardzo mnie intrygowało i postanowiłam użyć maskę po ciężkiej nocy kiedy moje oczy wyglądały na podkrążone i lekko opuchnięte. 

Maseczkę bardzo łatwo jest wyjąć z saszetki. Od razu po otwarciu czuć przyjemny zapach. Jej nałożenie też nie sprawia żadnych problemów. Po prostu przykładamy opaskę do oczu a boki zakładamy za uszy. Maseczka w kontakcie z powietrzem zaczyna się rozgrzewać i ostatecznie osiąga temperaturę 40 stopni Celcjusza. Jest to dość przyjemne ciepło, które nie powoduje uczucia dyskomfortu. Maseczkę powinniśmy pozostawić 10 minut na oczach, wtedy efekty są najlepsze, ale nie należy jej trzymać dłużej niż 15 minut. Producent ostrzega również aby nie stosować maski jeśli uprzednio nałożyłyśmy na skórę krem, użyliśmy kropli do oczu, jeśli występują jakiekolwiek podrażnienia w okolicy na którą zostanie nałożona maska, przed nałożeniem maski należy także zdjąć soczewki kontaktowe.

Polecam aby nastawić sobie timer który poinformuje nas ze właśnie minęło 10 minut. Leżenie w tej maseczce jest zdradliwe i można sobie niechcący przedłużyć czas relaksu.
Moje wrażenia po zastosowaniu były pozytywne, opuchlizna lekko się zmniejszyła, cienie jakby bledsze. Bardzo byłam zadowolona z wygładzenia tej okolicy, była fajnie nawilżona i bardzo gładka, poprawiło się też dzięki temu napięcie skóry co miało wpływ na poprawę spojrzenia. Ogólnie uważam że maska spełnia swoje zadanie dobrze i warto ją mieć w swojej kosmetyczce na czarną godzinę.

środa, 28 czerwca 2017

Canpol Babys - gratka dla mam prowadzących blogi

Zródło: http://canpolbabies.com/pl/blogosfera
Wiele Mam, które opiekują się na co dzień w domu swoimi dziećmi często prowadzi blogi. Ja jestem właśnie taka mamą i chciałabym polecić Wam coś co mi osobiście bardzo się spodobało. Możliwość testowania produktów dla naszych pociech i późniejsza ich ocena właśnie na łamach Waszych blogów. Myślę, że jest to super sprawa i nam Mamom jak i naszym pociechom umożliwia zapoznanie się z produktami firmy Canpol Babys w domowym zaciszu. Poza tym, że możesz zostać testerką możesz również zorganizować na swoim blogu konkurs dla swoich czytelników w którym nagrodami będą również akcesoria dla dzieci. Co trzeba zrobić? Wystarczy zarejestrować swojego bloga na stronie Blogosfery Canpol Babys pod linkiem podanym o tutaj --->  BLOGOSFERA .
W najbliższej edycji do zdobycia 30 zestawów "Toys". :-)
 

piątek, 23 czerwca 2017

Książki kucharskie dla mamy i maluszka

Każda matka chce jak najlepiej dla swojego malucha, chce aby jej dziecko jadło mądrze i zdrowo bez śmieciowego jedzenia które w dzisiejszych czasach możemy znaleźć nawet w produktach dla niemowląt. Żyjemy w takich czasach, że zewsząd jesteśmy (my jako matki) wręcz bombardowane informacjami o tym co i  jak powinnyśmy podawać do jedzenia, w jakich ilościach, z jaką częstotliwością aby nasze dziecko mieściło się w opracowanych przez expertów tabelkach i widełkach jeśli chodzi o wagę i wzrost.  I wszystko byłoby super gdyby każdy przekaz był taki sam, wszyscy myśleli jednakowo, każdy expert od żywienia albo też pseudo expert potwierdzał jedną sprawdzoną metodę. Ale nie ma tak dobrze, nie żyjemy w świecie idealnym i na jeden temat zawsze jest tyle opinii i zdań ile ludzi nim zainteresowanych. Ja zaczynając rozszerzać dietę mojemu synowi wręcz zgłupiałam bo na prawdę nie wiedziałam kogo słuchać, kto ma rację i co jest najlepsze dla mojego dziecka. Dużo rozmawiałam z koleżankami które mają dzieci i każda tez mówiła co innego. Mało tego, lekarze pediatrzy także rozbiegali się w tym temacie i doradzali zupełnie różne rzeczy. Po kilku tygodniach tej męki stwierdziłam DOŚĆ! Muszę sama zacząć działać i opierać się na swoim instynkcie bo to wszystko prowadzi tylko do pogłębiającej się frustracji. Skupiłam się na tym co podpowiadał mi zdrowy rozsądek, na produktach zdrowych, bez cukru a jeśli już to cukry naturalne i sporadycznie. I jakoś poszło. Strzałem w 10 był zakup kilku książek z przepisami z których korzystam cały czas i są w nich świetne przepisy dla całej rodziny. 
Pierwsza w ręce wpadła mi "U malucha na talerzu" Marta Jas-Baran i Tamara Chorążyczewska. Ksiązka fajnie napisana prze młodą mamę, przepisy pogrupowane wg wieku dziecka co bardzo ułatwia sprawę gotowania. W przepisach składniki również dobrane tak aby dziecku nie zaszkodzić. I co ważne wszystkie składniki do dań z ksiązki ogólnodostępne w każdym sklepiku i warzywniaku. Tak więc nie trzeba jeździć i szukać na końcu świata, osiedlowy warzywniak i okoliczny mięsny wystarczą. Przepisy z czasem zaczęłam odrobinę modyfikować, jak czegoś nie miałam to próbowałam w to miejsce wrzucić jakiś inny składnik i było zawsze ok. Polecam z czystym sumieniem.
Kolejna pozycja również warta uwagi to "Alaantkowe BLW" Joanna Anger i Anna Piszczek. Wspaniałe przepisy zarówno dla maluchów, dla starszaków  jak i dla dorosłych. Zakochałam się w książce bo oprócz tego ze fajnie wydana, to przy każdym przepisie znajdziemy oznaczenia dotyczące tego czy danie np. zawiera gluten, nabiał, jajka czy jest w pełni wegetariańskie. Dla mnie bomba bo nie muszę czytać całego przepisu aby wiedzieć czy jest odpowiedni dla mojego dziecka albo czy jest taki na jaki mam właśnie ochotę. Duża różnorodność przepisów. Tak samo jak w poprzedniej pozycji wszystkie składniki do dań łatwo dostępne w każdym sklepie. Przepisy jasne, rozpisane krok po kroku, zawierają informacje nawet o tym jakie naczynia  powinniśmy przygotować do wykonania danej potrawy. Jestem zachwycona i zadowolona z zakupu książki. Poza tym często zaglądam też na bloga obu pań, na którym jeszcze więcej przepisów i inspiracji.

"Bobas Lubi Wybów - Książka kucharska" Gill Rapley i Tracey Murkett to kolejna pozycja po którą z radością sięgam szukając inspiracji co zrobić na obiad dla dziecka. Osobiście sięgam często, mam jeszcze sporo potraw na swojej liście które chciałabym zrobić bo bardzo podobają mi się przepisy. Również jasno wszystko opisane, nie trzeba się zastanawiać, można czerpać całkowitą przyjemność z gotowania :-)
Gdybym miała kupić jeszcze raz te ksiązki to nie wahałabym się ani minuty. Ktoś może powiedzieć, po co kupować książki, teraz wszystko jest w internecie? No więc, ja jestem z tych osób starej daty i jednak zapach farby drukarskiej, uczucie dobrej jakości papieru pod palcami, szelest kartek... to przeżycie dla mnie bardzo piękne i między innymi dlatego mam w domu stosy książek ;-)

sobota, 17 czerwca 2017

TULA JASPER - mam i ja

Wszystkim, którzy są rodzicami lub tematy parentingowe są im bliskie nie trzeba tłumaczyć co to jest TULA. Ja dowiedziałam się o niej po tym jak zostałam mamą i chciałam bezpiecznie nosić swoje dziecko. Mowa oczywiście o nosidle ergonomicznym. Zdecydowałam się na zakup mając w perspektywie wyjazd z moim synem na wakacje. Wiedziałam, że jazda wózkiem po piasku może być trudna więc postanowiłam zainwestować w nosidło w którym bezpiecznie będzie mógł podróżować po plaży mój roczniak. TULA to był strzał w 10. Mój syn zaakceptował ją od pierwszego noszenia. Jest bardzo wygodna zarówno dla rodzica jak i dla dziecka. Pasy naramienne są super miękkie a pas biodrowy jest szeroki i stabilny. Nosidło jest tak skonstruowane, że ciężar dziecka spoczywa głównie na naszych biodrach dzięki czemu ramiona nie są tak bardzo obciążane i praktycznie nie czuć, że niesie się ten słodki ciężar na swoich barkach. Dziecko zaś siedzi w bezpiecznej dla siebie pozycji z szeroko rozstawionymi nóżkami, które materiał nosidła podpiera aż pod kolanka. Jest to tak zwana potocznie pozycja żabki, bezpieczna dla bioderek i korzystnie wpływająca na ich rozwój. 

TULA to także ogromny wybór wzorów i kolorów. Każdy znajdzie coś dla siebie. Musze przyznać że ja miałam duży problem z wyborem wzoru, ponieważ jest ich tak dużo a jeden ładniejszy od drugiego. Decyzję pomógł podjąć mi mąż i  ostatecznie zdecydowaliśmy się na TULA JASPER. Piękne, żywe kolory, fantastyczne wykonanie, dbałość o wykończenie, materiały użyte do uszycia nosidła bardzo wysokiej jakości.
W nosidle tym dużym plusem jest to, że można nosić dziecko zarówno z przodu przed sobą jak i na plecach. Dołączony jest również odpinany kapturek chroniący główkę dziecka przed wiatrem, słońcem czy deszczem. Mimo, że cena nie jest niska to kupiłabym bez zastanowienia jeszcze raz to nosidło. Spełnia wszystkie moje wymagania a i syn bardzo dobrze się w nim czuje i kiedy czuje się zmęczony sam woła żeby go wziąć do TULI. :-)


poniedziałek, 13 marca 2017

Banana bread czyli chlebek bananowy

Chyba wszyscy już znają ten modny ostatnimi czasy przysmak. Smaczny, zdrowy, łatwy w przygotowaniu, czego chcieć więcej :-) Ja stałam się jego fanką od pierwszego zrobienia i jest bardzo częstym gościem na moim stole. W internecie jest bardzo wiele wariacji na temat tego ciasta więc ja postanowiłam przedstawić swoją. Robiłam go już wiele razy i za każdym razem wychodzi świetnie - to jest jego niewątpliwa zaleta.

Składniki:

- 4 rozgniecione banany ( jeśli są bardzo duże wystarczą 3)
- 1 szklanka mąki ryżowej
- 1 szklanka mąki jaglanej
- 1,5 szklanki mleka
- 1/3 szklanki oleju
- 1 łyżeczka sody
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia

Przygotowanie:

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Widelcem rozgniatamy banany. Wszystkie suche składniki mieszamy ze sobą w misce. Dodajemy mleko i olej, mieszamy. Do wymieszanej masy dodajemy rozgniecione banany. Mieszamy wszystko razem. Przekładamy na wyłożona papierem do pieczenia formę. Pieczemy około 40 minut w 180 stopniach. Po upieczeniu wyjmujemy na kratkę i studzimy. 

Robiłam go już dodając orzechy, migdały, wiórki kokosowe, żyrawinę suszoną, rodzynki i za każdym razem smakuje super. Można tez kombinować z mą. Orkiszowa, jaglana, żytnia , pszenna , można mieszać, kombinować jak tylko chcemy

Smacznego! :-)

czwartek, 9 marca 2017

Spodziectwo - rekonwalescencja po zabiegu cz.2

Od momentu wyjścia ze szpitala działaliśmy z mężem na najwyższych obrotach. Ponieważ syn wyszedł do domu z vesicostomią, która miała mu towarzyszyć przez najbliższe 3 tygodnie. To rodzaj drenu umiejscowionego przez powłoki brzuszne w pęcherzu, przez który wychodzi mocz i zbiera się w worku którym dren jest zakończony. Musieliśmy pilnować żeby rurka wychodząca z brzucha nigdzie się nie zagięła, gdyż zablokowałoby to odpływ moczu a to mogłoby spowodować choćby nieprzyjemne uczucie bólu malucha i doprowadzić do zapalenia lub jeszcze innych groźnych powikłań. Na szczęście ten dren nie uniemożliwiał synowi poruszania się, mógł raczkować, siedzieć, bawić się jak zawsze. Problem pojawiał się jedynie podczas robienia kupki, a że po antybiotyku, który stosowaliśmy kupka pojawiała się kilka razy dziennie, dyskomfort niestety był częstym zjawiskiem. I tu pojawiał się problem dla nas rodziców, bo musieliśmy stosować przyklejaną "tamę" aby odizolować kupę od poranionego siusiaka. Przyklejanie i odklejanie "tamy" kilka razy dziennie bardzo uwrażliwiło delikatną skórę w tamtych rejonach i z czasem zmiana pieluchy stała się mało przyjemna zarówno dla syna jak i dla nas. Ech... Hasło "pilnuj rurki" przyświecało nam przez 3 tygodnie. Pilnowaliśmy rzecz jasna w dzień i w nocy. Co drugi dzień ja na zmianę z mężem nie spaliśmy aby pilnować naszego wiercipięty żeby nie zagiął lub co gorsza nie wyrwał sobie drenu z brzuszka. Pod koniec trzeciego tygodnia było już ciężko, oczy same się w nocy zamykały ale daliśmy radę. Przez te 3 tygodnie nasz kochany Maluch musiał przyjmować leki, które miały zapobiec zakażeniu dróg moczowych. Przez pierwsze 5 dni był to antybiotyk, później lek antybakteryjny a na koniec furagina. I oczywiście nie bylibyśmy sobą gdyby coś się nie spieprzyło. Trzeciego dnia po wyjściu ze szpitala syn zaczął kaszleć, a czwartego dostał temperatury. Ale jak to, chory? Przecież bierze antybiotyk. No tak, chory, wirusówka. Zaczął się paskudny katar, okropny mokry kaszel, temp w nocy 38,3. Potrzebny lekarz. Dzwoniłam do przychodni czy możliwa jest wizyta domowa bo nie chciałam Młodego z tym całym okablowaniem i takiego chorego ciągnąć do przychodni do chorych dzieci żeby czegoś gorszego nie podłapał. Opowiedziałam pani w rejestracji całą historię, że syn po operacji itp itd i co usłyszałam? Że vesicostomia nie jest przeciwskazaniem do wychodzenia z domu, worek można wziąć w rękę , dzieciaka w  druga i na wizytę przyjechać bo lekarz do nas nie przyjedzie. WTF!!!  Ręce mi opadły. Próbowaliśmy dodzwonić się do lekarza prywatnego który jeździ po domach ale nie odbierał więc zdecydowaliśmy się pojechać do przychodni. Plusem było to że nie musieliśmy czekać z wszystkimi dziećmi w poczekalni tylko zaprowadzono nas do zabiegowego i tam pani doktor nas przyjęła. Oczywiście jak zobaczyła syna to załamała ręce i powiedziała, że jakby wiedziała że on jest w takim stanie to przyjechałaby na wizytę domowa. No przepraszam bardzo, mówiłam przez telefon jak jest, co miałam jeszcze narysować? Wkurzyłam się nie na żarty. I oczywiście stało się to czego się spodziewałam, temperaturę i wszystkie objawy pani doktor zwaliła na kark operacji i dała skierowanie do szpitala bo być może stan zapalny się wdał i trzeba to sprawdzić.  A to że kaszle , ma katar to też skutek uboczny operacji??? Przesada.  Żałowałam, że przyjechaliśmy. Po wyjściu z przychodni od razu zadzwoniłam do naszego chirurga który operował syna, powiedziałam wszystko co się dzieje, czy to może być od vesicostomii, wszystkie objawy skonsultowaliśmy, kolor moczy, zapach... wszystko wypytał. Powiedział, że bankowo nie od tego tylko wirus zaatakował górne drogi oddechowe i tyle. Jeśli chcemy to dla naszego spokoju możemy zrobić kontrolne badanie moczu ale na 100% nic nie wykaże. Zrobiliśmy, było ok. Zawezwaliśmy jeszcze do domu pediatrę który jeszcze raz zbadał syna i diagnoza była jednoznaczna,osłuchowo ok ale to wirusówka. Zalecenia - inhalacje, toaleta nosa i coś na zbicie temperatury gdyby jeszcze się pojawiła. Tyle. Bez zbędnego straszenia, jeżdżenia i zawracania dupy. I tak przez niemal 3 tygodnie katar nam nie dawał żyć, kaszel budził w nocy i dodatkowo jeszcze te rurki... Ech, paranoja. Ale  mówią że nieszczęścia chodzą parami- zgadzam się. Po trzech tygodniach pojechaliśmy do szpitala na usunięcie drenu. Syn jak tylko weszliśmy do środka był bardzo niespokojny, pamiętał że w tym miejscu nic przyjemnego go nie czeka. A jak zobaczył naszego chirurga to wybuchnął płaczem. Na szczęście cały proces pozbywania się rury przebiegł expresowo i od razu mogliśmy się przytulić z synkiem. Zalecenia - nie kąpać się przez najbliższy miesiąc, wskazane tylko szybkie prysznice i za 1,5 miesiąca do kontroli. Ze szpitala wyszliśmy wszyscy szczęśliwi, że nie musimy już dbać o to żeby ta cholerna rurka się nie zawinęła. Mam nadzieję że za 1,5 miesiąca będą czekały nas tylko pozytywne informacje. A teraz czas się wyspać, wszyscy tego potrzebujemy. :-) 

poniedziałek, 27 lutego 2017

Spodziectwo - pobyt w szpitalu cz.1

14 luty -  ta data większości z nas kojarzy się ze świętem zakochanych... Dla mnie tegoroczne walentynki nie miały ani trochę romantycznego wydźwięku ponieważ tego dnia mój syn miał operację spodziectwa. Od rana denerwowałam się chyba za wszystkich domowników ale ze względu na synka starałam się trzymać fason i nie dawać tego po sobie poznać. Około godzinę przed zabiegiem byliśmy już w szpitalu, szybko załatwiliśmy wszystkie formalności i zaprowadzono nas na salę gdzie po zabiegu miał leżeć mój synek. Kazano nam go przebrać w coś wygodnego i czekać. Po chwili przyszła po nas pielęgniarka i poprosiła na rozmowę z anestezjologiem. Ten (a właściwie ta bo była to kobieta) zadała nam sporo różnych pytań na temat naszego syna, czy jest na coś uczulony, ile waży itp itd. Po anestezjologu przyszedł chirurg, który miał wykonać zabieg, jeszcze raz obejrzał syna, powiedział co i jak planuje wykonać. Wszystko w bardzo fajnej, spokojnej atmosferze. Poinformował nas, że albo ja albo mąż możemy wejść z synem na salę operacyjną i być z nim tam do momentu uśpienia. Zdecydowaliśmy, że pójdzie mąż i tak też się stało. Po chwili przyszła pielęgniarka, poprosiła żeby rodzic który wchodzi na sale operacyjna ubrał specjalne ochronne ubranie i zabrała moich chłopaków ze sobą. Po niecałych 10  minutach mąż był już ze mną, usypianie poszło błyskawicznie. Teraz pozostawało tylko czekać na malucha. Zabieg trwał prawie godzinę. Kiedy Synek został przywieziony na sale wybudzeniową bardzo płakał. Byliśmy na to przygotowani, gdyż anestezjolog wcześniej nas o tym poinformował. Płacz jest naturalną reakcją dzieci na to co czują w momencie wybudzania z narkozy. Pielęgniarka powiedziała, że można wziąć go na ręce i przytulić, że to powinno pomóc. Ale niestety, syn przepłakał prawie 30 minut. Nie mogliśmy go uspokoić. W końcu się udało, mogliśmy dać się napić naszemu szkrabowi a po chwili dostał też mleczko.  Zjadł całkiem ładnie bo ostatni posiłek musiał zjeść 6 godzin przed zabiegiem. Kiedy byliśmy jeszcze na sali wybudzeniowej przyszedł do nas nasz chirurg i poinformował o przebiegu zabiegu, powiedział że łatwo nie było bo cewka moczowa była umiejscowiona bardzo płytko i ciężko było mu tam wszystko pozszywać, do tego wyszło że synek miał podczas zabiegu problemy z krzepliwością i nie mogli przez jakiś czas opanować krwawienia z siusiaka ale ostatecznie cel został osiągnięty, siusiak zrobiony. Niestety oprócz cewnika syn ma założoną także vesicostomie, której bardzo się z mężem baliśmy i modliliśmy się żeby nie było konieczności jej założenia. W trakcie zabiegu  jednak (między innymi przez te czynniki o których napisałam) lekarz zdecydował, że będzie to najlepsze wyjście i pozwoli na lepsze zagojenie rany. Syn po około godzinie na sali wybudzeniowej został przeniesiony na normalną salę, gdzie miał spędzić dwa dni (oczywiście w moim towarzystwie). Po zabiegu (nie licząc czasu bezpośrednio po operacji) nie był bardziej płaczliwy niż zazwyczaj. Po przewiezieniu na salę chorych spal dość długo, co jest normalne.  Kiedy się obudził był spokojny, rozglądał się uważnie po nowym miejscu, obserwował wszystkich, których mijaliśmy na korytarzu podczas spacerów. Jednak kiedy pielęgniarki podawały mu lekarstwa albo chciały sprawdzić opatrunki zaczynał się denerwować i płakać. Nie obyło się bez nowych znajomości. W tym samym dniu jeszcze trzech chłopców miało zabiegi z powodu spodziectwa. Wszyscy w podobnym wieku, od 10 do 14 miesięcy. Popołudnie upłynęło dość szybko, cały czas był z nami mąż więc było o tyle raźniej i lżej jeśli chodzi o noszenie synka. Niestety wszystkie próby włożenia go do wózka i jeżdżenia po korytarzu kończyły się niepowodzeniem. Po przejechaniu kilku metrów wstawał i chciał wysiadać. Szkoda bo to ułatwiłoby wiele. Mąż jak i wszyscy tatusiowie którzy byli na oddziale zostali wyproszeni przez pielęgniarki o 20:00. Zostaliśmy z synkiem sami a ja najbardziej bałam się nocy. Bałam się że coś nieprzewidzianego może się stać, że mogę sobie nie poradzić, że nie wytrzymam do rana i zasnę a wtedy coś stanie się synkowi... Wymyśliłam że będę siedzieć całą noc na krześle przy łóżku syna i wtedy na pewno nie zasnę bo na twardym krześle będzie mi źle i o spaniu nie będzie mowy. I tak było w zasadzie do rana, około 5 nad ranem przyszedł mega kryzys, nie pomagało wstawanie, picie , zjedzenie batona, dosłownie słaniałam się na nogach a jak tylko siadałam na krześle to oczy same się zamykały i odpływałam. Trzymałam się do 6:30... potem pamiętam, że obudził mnie przeraźliwyacz mojego dziecka, które leżało na ... podłodze! Boże, spadł z łóżka! :-( Jakby mało mu było wszystkich dolegliwości to jeszcze ja, zła matka zasnęłam, nie dopilnowałam... Niewiele myśląc, szybko zebrałam synka z podłogi i pobiegłam z nim do dyżurki pielęgniarek. Kiedy powiedziałam wystraszona co się stało jedna z nich popatrzyła na mnie pobłażliwie i stwierdziła, że jak płacze to znaczy ze nic mu nie jest. Na szczęście druga wykazała nieco bardziej ludzki odruch i kazała mi iść za  nią. Zawołała lekarza dyżurnego. Przyszedł, zbadał syna, zapytał mnie o kilka szczegółów dotyczących upadku i stwierdził, że wszystko jest ok. Boże, co za stres. Niedługo potem przyszedł mój mąż. Oczywiście bardzo się przejął  całą sytuacją. Obserwowaliśmy bacznie tego dnia syna, czy przypadkiem nic się złego nie dzieje. O 10 przyjechała teściowa żeby mnie zmienić, a  ja pojechałam do domu żeby się trochę przespać przed następnym nocnym dyżurem. Wróciłam do szpitala przed 16. Do wieczora jeszcze mąż się nim zajmował, bawili się, nosił go i o 20 znów musiał wyjść. Kolejnej nocy bałam się jeszcze bardziej mając w pamięci to co stało się nad ranem. Tym razem syn był dużo bardziej marudny, nie wiedziałam czy go boli rana po operacji czy może jest w nowym miejscu i go denerwuje wszystko i nie jest w stanie skupić się na tym że można swobodnie odpoczywać. Dużo go nosiłam tej nocy, pielęgniarka też interesowała się tym czemu on tak bardzo płacze. Dostawał leki przeciwbólowe i zasypiał po nich, ale spał jakieś 1,5 -2 godziny i znów się budzi, albo budził go nasz współlokator z sali który płakał wtedy kiedy akurat my chcieliśmy spać... Kiedy synek zasypiał kładłam się obok niego na łóżku, nie chciałam już siadać na krześle. Dotrwaliśmy do rana ale od 3 musiałam trzymać syna na rękach, u mnie czuł się najlepiej i przynajmniej spał spokojnie. Zaczęliśmy kolejny dzień, to miał być dzień wypisu. O 7 przyszedł tata, potem pielęgniarki roznosiły leki, potem śniadanie, drzemka, obiad i około godziny 14 zostaliśmy poproszeni do zabiegowego na zmianę opatrunku. To było dla syna traumatyczne przeżycie, bardzo płakał a mi serce pękało. Niestety, musieliśmy to wytrzymać. Zaraz po tych przykrych przeżyciach dostaliśmy wypis, nasz lekarz przyszedł do nas żeby omówić z nami  jak postępować w domu i jak podawać leki. Mogliśmy wreszcie opuścić szpital. Jednak nie ma to jak w domu, w swoim łóżku. :-)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...